Oceń wpis
   

 

Propozycje rządowe odnośnie ograniczenia przekazywania części składek z ZUS do  OFE zasługują na głęboką krytykę. Tego typu rozwiązania jasno wskazują, że rząd już wie, że idzie wielka fala, która wywróci finanse publiczne – o ile nikt nie podejmie poważnych reform finansów publicznych. Niestety wielu ekspertów uważa, ja też się skłaniam do tego zdania, że już nie wystarczą cięcia wydatków i czekają nas podwyżki podatków i to nie na poziomie 1% w podatku VAT. Rząd argumentuje konieczność ograniczenia transferów finansowych z ZUS tym, że jest realny uszczerbek w finansach publicznych, zaliczany do deficytu budżetowego. Jeśli to jest jedyny powód sięgania do kieszeni przyszłych emerytów, to proponuję zrezygnować z pośrednictwa ZUS przy zbieraniu naszych oszczędności emerytalnych. Można przecież Polaków zobowiązać do obowiązkowego odkładania pieniędzy na emerytury, bezpośrednio przesyłając składki do OFE, funduszy inwestycyjnych czy innych tego typu podmiotów. Jeśli rząd nie proponuje tego typu rozwiązań to oznacza, że ktoś ma apetyt używania naszych pieniędzy do ratowania finansów publicznych w zamian oferując papierowe asygnaty (jak z Komuny), które finalnie będą miały dość symboliczną wartość (jak książeczki mieszkaniowe).

Decyzja ograniczenia przesyłania pieniędzy do OFE z 7.3 % naszych zarobków do 2.3 % to podwójna zła wiadomość dla przyszłych emerytów. Po pierwsze to oznacza, że kilka tysięcy złotych rocznie nie „pracuje” na naszą przyszłą emeryturę i tym samym osłabia polską GPW. Z drugiej strony mniejszy strumień pieniądza na giełdę osłabia wartość akcji, które już znajdują się w rękach OFE. Nieodparcie ciśnie się na usta pytanie dlaczego minister Rostowski nie zabrał całości tych pieniędzy. Prawdopodobnie rząd potrzebuje tych naszych pieniędzy aby przeprowadzić prywatyzację! Bo kto i za co kupi akcje przedsiębiorstw, które chce sprzedać Minister Skarbu Państwa? Oczywiście MSP następnie zamelduje premierowi jaki jest dzielny bo zrealizował plan i uzyskał pieniądze dla budżetu.

Obecnie OFE budzą wiele emocji w związku z tym, że pobierają prowizję od gromadzonych pieniędzy niezależnie od efektywności zarządzania aktywami. Poszczególne PTE nie są również skore do realnego konkurowania o klienta, gdyż są udziałowcami oligopolu z pewnością, że w kolejnych latach w wyniku losowania wpadnie w ich ręce kolejna grupa klientów. Problemem dalej pozostaje przenoszenie się z jednego OFE do drugiego bez utraty części zgromadzonych już pieniędzy. Następna sprawa to kwestia proporcji inwestowanych pieniędzy w takie instrumenty jak obligacje skarbu państwa czy akcje na GPW. Dlaczego obywatel sam nie może zdecydować, czy chce aby jego środki były inwestowane bardziej agresywnie, szczególnie kiedy wiek emerytalny to kwestia np. 30 lat

Reforma emerytalna przeprowadzona w roku 1999 r. wymaga rewizji i korekty, ale nie może sprowadzać do, praktycznie, całkowitego zerwania umowy ze społeczeństwem zawartej 10 lat temu. Jeśli można nacjonalizować przyszłe emerytury to strach pomyśleć kiedy  pod hasłem dobra budżetu państwa, rząd Donalda Tuska, zacznie nacjonalizować mieszkania, domy, działki. Nie życzę tego ani sobie ani nikomu z czytelników.

2011-01-07 00:50
Ogólne ofe, rząd Tuska, reforma ofe Komentarze (65)
 Oceń wpis
   

BUMAR się restrukturyzuje !!!

6 września br ropoczyna się kolejny, XVIII Międzynarodowy Salon Przemysłu Obronnego w Kielcach. Przy tej okazji zawsze pojawia się pytanie jak się miewa nasz zbrojeniowy „gigant” – BUMAR. Ta sama myśl pojawia się w głowach ministrów odpowiedzialnych za przemysł obronny, jak również władz samej spółki. Powiedzmy szczerze nie ma żadnych optymistycznych wieści. A jeśli ich nie ma to trzeba je stworzyć. Tak też odbieram rewelacje medialne (?) na temat głębokiej restrukturyzacji BUMAR-u. Te informacje są o tyle groteskowe, że już kilka lat mówi się w Bumarze o głębokiej restrukturyzacji, ale brakuje odwagi, może też umiejętności, aby ją przeprowadzić. Po kilku chudych latach funkcjonowania spółki należałoby spodziewać się bardziej optymistycznych informacji (podpisanie jakiegoś sporego kontraktu na eksport czy podpisanie wieloletniego programu na dostawę sprzętu dla MON). Zamiast tego dowiadujemy się, że będą redukcje zatrudnienia i połączenia spółek w ramach poszczególnych profili produkcji. Tego typu pomysły to dobre dla studenta ostatnich lat uczelni ekonomicznej, a nie grupy menedżerów, którzy biorą po ok. 20 tys. zł pensji miesięcznie. Oczywiście sytuacja w BUMARZE nie jest zasługą jedynie słabego zarządu powołanego przez rząd PO, ale również braku gospodarza na linii Ministerstwo Obrony, Gospodarki i Skarbu. Minister Obrony w pierwszej kolejności dba o swoje zakłady remontowe, które kosztują drogo i nie oferują niczego szczególnego, ale są „na garnuszku” MON. Minister Gospodarki nic nie musi dokąd nie trzeba zmieniać rządowej strategii dla całego sektora. Minister Skarbu martwi się jedynie o ład korporacyjny i dokąd BUMAR nie przynosi strat nie trzeba się nim zajmować poza obsadzeniem Rady Nadzorczej, tymi którzy jeszcze nie mają innego zajęcia. To jest właśnie przykład absurdu w polskim wydaniu – każdy minister porusza się w tej dziedzinie zgodnie z przepisami, tyle tylko, że nieuchronnie prowadzi to do katastrofy.  Za kilka lat spółka BUMAR będzie warta tyle co nieruchomości i złom, ale o tym nikt już nie będzie pamiętać, że można było tego uniknąć.

Jeśli wczytać się w przyjętą przez rząd w 2007 r. tzw. Strategię dla przemysłu obronnego, która nadal obowiązuje, są tam jasno zarysowane wskazówki co należy zrobić z tą branżą. W obecnej sytuacji zbrojeniówce potrzebnych jest kilka rzeczy. Zewnętrzne rynki zbytu (eksport) ponieważ zamówienia krajowe nie pozwalają na pokrycie kosztów stałych przedsiębiorstw tak aby produkty były konkurencyjne cenowo. Po drugie potrzebna jest dobra współpraca z polskim wojskiem po to aby był to podstawowy odbiorca produkcji pozwalający na pokrycie stałych kosztów zakładów. Polskie Wojsko powinno umożliwić testowanie produkowanego sprzętu i modernizowania go, aby był  bardziej funkcjonalny. Trudno sobie wyobrażać, że BUMAR sprzedaje uzbrojenie, którego nie używa rodzima armia. Po trzecie potrzebne są nowoczesne technologie, bo z postsowieckimi technologiach nie jesteśmy atrakcyjni dla azjatyckich i afrykańskich armii. Do tego dochodzi tzw. know-how, bo nie wystarczy wstawić do zakładów zbrojeniowych nowoczesne maszyny, sztuką jest wdrożyć maksymalnie efektywną produkcję pozwalającą na konkurencyjne ceny zbytu. 

Od lat udało się zdobyć żadnych poważniejszych kontraktów eksportowych, które wzmocniłyby  finansowo poszczególne firmy grupy. Dla porządku warto przypomnieć, że przychody ze słynnego kontraktu malajskie (czołgi), nie pokryły nawet kosztów produkcji, ale ładnie wyglądały w słupkach sprawozdań finansowych. Obecne relacje BUMAR-u z MON-nem nigdy nie były tak złe, na co wpływa brak  wzajemnego zrozumienia swoich potrzeb, głębokie cięcia budżetu MON i specyfika osobowości panów Klicha i Nowaka. MON potrzebuje sprzętu który jest niezawodny w walce, bo skończyły się czasy zakupów do magazynów i bez znaczenia była niezawodność i nowoczesność. Do tego dochodzi konkurencyjna (czytaj niższa) cena w stosunku do ofert z zagranicy. Często okazuje się, ze cena polskiego produktu jest wyższa niż import. BUMAR potrzebuje wieloletnich programów zaopatrzenia polskiej armii, tak aby wiedzieć w którym roku i jakie ilości sprzętu należy wyprodukować, jakie podjąć programy badawcze produktów potrzebnych w przyszłości wojsku, jakie licencje zakupić aby produkować w Polsce potrzebny sprzęt. Ważna jest tu gwarancja, że wojsko będzie miało na to środki finansowe.

Od dwóch lat słychać ze strony prezesa Nowaka jedynie hasła restrukturyzacja, konsolidacja itp. W praktyce oznacza to sytuację w której każdy kontrakt pozyskany bezpośrednio przez spółkę produkcyjną jest obłożony „haraczem” na rzecz centrali. Prezes Nowak dużo też mówi o pożyczkach i poręczeniach jakich udziela BUMAR sp. z o.o. spółkom zależnym, nie mówi tylko na jakich warunkach (jaki oprocentowanie, jakie zabezpieczenia), bo nikt nie da wiary, że to działalność non profit. Są jedynie dwa konkretne efekty dwuletniej reformy w Bumarze. Pierwsza to decyzja o likwidacji PZL Wola co należało zrobić od dawna. Druga to ostateczne przejęcie PIT, a więc pozbycie się zewnętrznego konkurenta dla RADWAR-u. Nie dało to żadnej wartości dodanej, a teraz się dowiadujemy, że te zakłady będą objęte najgłębszymi redukcjami zatrudnienia. Wielką klapą okazał się, jak na razie, pomysł zbudowania pionu badawczo-rozwojowego tak z powodu braku zgłoszeń zapotrzebowania na konkretny sprzęt ze strony armii (zawsze łatwiej coś zamówić znienacka niż przewidzieć potrzeby na 2-3 lata wcześniej i dać szansę pozyskania technologii przez polski przemysł), jak również braku rezerw finansowych, które mogłyby być zainwestowane w tego typu działalność. Przy tym warto wspomnieć o zapowiedziach rządu, że nie ma konieczności przeznaczania 1.95% PKB na modernizację armii, co dodatkowo osłabia nadzieję na składanie zamówień w firmach polskiego przemysłu obronnego.

Przyszłość BUMARU to możliwe dwa kierunki. Pierwszy to, że MON „zmądrzeje” i uzna za słuszne złożenie zamówień w ramach wieloletniego planu w BUMARZE zapewniając mu płynność finansową. Ideałem by było, żeby określił potrzebny w przyszłości nowego wyposażenia i dał nadzieję, że kupi takie produkty jeśli będą porównywalne z konkurencją światową. Drugi scenariusz jest bardziej realistyczny znając przewidywalność urzędników z MON i Sztabu Generalnego to stworzenie z BUMARU zarządcy aktywami Skarbu Państwa w spółkach zbrojeniowych, w których udziały posiadają największe koncerny zbrojeniowe na świecie. Dzięki temu polskie firmy zyskałyby know-how, nowoczesne technologie, szanse na zbyt produktów na rynkach światowych pod znanymi markami. W tym rozwiązaniu trzeba jednocześnie w ustawie dotyczącej obronności zapisać, że w sytuacji wojny zamówienia dla polskiej armii mają pierwszeństwo.

To co dzieje się od kilku lat w BUMARZE to przysłowiowe mieszanie herbaty, przy czym herbata nie robi się słodsza od samego mieszania. Trzeba dosypać cukru, tylko nikt go nie chce wyjąć z szafki. Osobiście obawiam się najgorszego scenariusza dla BUMAR-u  – wieloletniego prężenia muskułów i czarowania przez zarząd spółki o tym, że będzie dobrze, ale w przyszłości. Powoli będą sprzedawane poszczególne spółki i nieruchomości, będą zwalniani kolejni pracownicy, będą zamykane poszczególne zakłady, ale nikt nie zdecyduje się na szybkie i ożywcze decyzje. Jedno jest pewne – ostatni z pokładu zejdą państwo z budynku na Jana Pawła II (siedziba BUMAR sp. z o.o.) w poczuciu dobrze wykonanej restrukturyzacji, konsolidacji itp.

2010-09-05 16:28
Ogólne BUMAR, MSPO Komentarze (27)
 Oceń wpis
   

Ponury, ale jakże ludzki i polski charakter uroczystości
pogrzebowych po katastrofie 10 kwietnia 2010 roku obnażył przy okazji
bolesną prawdę o faktycznym stosunku obecnego szefa NATO Pana Andersa
Fogh Rasmussena do Polski, polskich władz i polskich sił zbrojnych. To
co wydawało się wręcz niewyobrażalne i nieprawdopodobne stało się
faktem. Otóż szef NATO nie znalazł w sobie krzty determinacji, aby
przybyć na pogrzeb nie tylko śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, ale
także byłego Szefa Sztabu Generalnego Wojska Polskiego śp. generała
Franciszka Gągora.
    Oto dowiedzieliśmy się, iż pył wulkaniczy uniemożliwia przywódcy
największego bloku militarnego na świecie przemieszczać się po
kontynencie europejskim. Gdyby na poważnie potraktować ten "wyczyn"
można byłoby dojść do następujących wniosków:
- w wyniku działań sił natury przestrzeń powietrzna państw NATO w tym
czasie była niechroniona przez samoloty bojowe znajdujące się w powietrzu
- wojska operujące w Iraku i Afganistanie były zupełnie odcięte od
połączeń lotniczych z kontynentem europejskim
- w tym okresie nie odbywały sie żadne loty szkoleniowe
- kwatera główna NATO nie ma możliwości poruszania się po Europie
śmigłowcami
- logistyka transportu lotniczego Gruzji jest sprawniejsza od logistyki
transportu lotniczego NATO
    Z powyższego należy wnioskować, iż w przypadku wybuchu konfliktu
zbrojnego w Europie obecny szef NATO, gdyby wymagała tego sytuacja,
nigdzie by nie latał, ponieważ trudno wyobrazić sobie sytuację w której
zdecydowałby sie na taki lot, w obliczu latających nad przestrzenią
powietrzną NATO samolotów wroga, aparatów bezzałogowych, o rakietach nie
wspominając. Jestem przekonany, iż w Moskwie już dziś krążą anegdoty o
Turborasmussenie
    Tak oto ten "wielki przyjaciel Polski" Turborasmussen, który jeszcze
nie tak dawno mówił tyle wzniosłych słów pod adresem kierownictwa
naszego państwa, w czasie podjęcia przez Polskę decyzji o wysłaniu
dodatkowych żołnierzy do Afganistanu, zachował się jak polityk dość tchórzliwy i mało zdecydowany. I pomyśleć, iż Polska poparła jego kandydaturę na szefa NATO, a fakt ten został w Polsce
sprzedany jako sukces polskiej dyplomacji. Z perspektywy czasu wygląda
to na ironię...

2010-04-23 16:49
Ogólne NATO, Rasmussen, pył wulkaniczny Komentarze (19)
 Oceń wpis
   

Sobotnia katastrofa samolotu prezydenckiego to dla Polski wielka tragedia w powojennej historii. Każdy z nas ma swoje odczucia związane z tym wypadkiem. Na liście poległych mam grono bliskich, których straciłem.

Straciłem Lecha Kaczyńskiego, mojego Prezydenta, który potrafił być zasadniczy i pryncypialny, ale równocześnie potrafił pochylić się nad losem zwykłego człowieka, szczególnie wtedy kiedy widział jego cierpienie.

Straciłem Marię Kaczyńską, która z taką uwagą i szacunkiem potrafiła rozmawiać o muzyce z moją nastoletnią córką. Pani Prezydentowa to dla mnie wzór kobiety będącej przy boku polityka – subtelna, taktowna, z klasą. Potrafiła dopilnować tego co ważne, będąc równocześnie osobą skromną i pokorną.

Straciłem Prezydenta Kaczorowskiego strażnika i kontynuatora wartości II RP, Męża Stanu i Wielkiego Patrioty.

Straciłem przyjaciół z czasów harcerskich Kasię Doraczyńską i Pawła Wypycha, z którymi łączy mnie wiele wspólnych przeżyć przy ognisku i w czasie Białej Służby. Do Pawła próbowałem zadzwonić jeszcze w czwartek wieczorem, ale wyładował mi się telefon. Miałem się umówić na spotkanie w kolejnym tygodniu. Nigdy sobie nie wybaczę, że już Go nie usłyszę, nie zobaczę.

Straciłem Sławka Skrzypka – człowieka trochę zamkniętego, ale który przy bliższym poznaniu potrafił się otworzyć. Sławku! Pamiętam naszą wycieczkę rowerową w okolicach Międzyzdrojów i psujące się po drodze rowery!

Straciłem Olka Szczygło, z którym naprawdę się lubiliśmy, kiedy się spotykaliśmy zawsze się pobłażliwie uśmiechał traktując mnie jak młodszego brata, który znów coś narozrabiał… Trochę surowy, ale zawsze pogodny i miał czas na biegi długodystansowe, jazdę na rowerze czy windsurfing.

Straciłem kolegów posłów z mojego klubu. Grażyna Gęsicka była naszą nadzieją na zmiany w PiS, osoba bardzo merytoryczna, zdystansowana wobec bieżących sporów politycznych, spokojna, lubiana w klubie, pracowita, skromna.

Krzysio Putra – bardzo ciepły, z racji licznego potomstwa rozmowy z nim traktowałem jakbym był jego najstarszym synem. Dostawałem od niego słowa otuchy, swoistego ojcowskiego wsparcia, czasem napomnienie, aby zmienić swoje postępowanie. Ola Natalii-Świat, zawsze uśmiechnięta i pozytywnie do mnie nastawiona choćbym „błądził” w sprawach gospodarczych i miał inne zdanie na temat prywatyzacji. Przemek Gosiewski facet, którego nie da się określić w kilku słowach. Dla mnie tytan pracy, inteligentny, sprawny organizacyjnie, potrafił prowadzić trzy spotkania równolegle. Tak się rozpędził z Zespołem Pracy Państwowej, że nikt go nie mógł dogonić, potrafił dopilnować prac nad najdrobniejszą ustawą. Zbigniew Wassermann – dostojny, profesjonalny, dokładny i wnikliwy, zawsze chętny do pomocy, pięknie się różnił z przeciwnikami politycznymi w czasie debat w mediach. Jako prawnik potrafił zrozumiałymi słowami wytłumaczyć istotę sprawy, uporządkować terminologię.

Straciłem Grzesia Dolniaka i Sebastiana Karpiniuka, z którymi dyskutowałem na antenie i zawsze odnosili się wobec mnie z szacunkiem, często publicznie chwalili mnie, trochę wytrącając mi oręż z reki w czasie pojedynków w radio i TV. Arkadiusz Rybicki siedział obok mnie na wyciągnięcie ręki, mam nadzieję, że …po drugiej stronie, może do woli jeździć na rowerze o czym kilkakrotnie rozmawialiśmy.

Straciłem marszałka Szmajdzińskiego, z którym w Wielką Sobotę kibicowaliśmy na jednej trybunie Polonii Warszawa i ubolewaliśmy nad kondycją murawy boiska na Konwiktorskiej. Niestety teraz SuperSzmaja jest kandydatem na prezydenta w innym świecie. Jolanta Szymanek-Deresz, świetna babka do rozmowy, bardzo inteligentna, otwarta na inne poglądy, zawsze wiedziała o czym mówi, delikatna, przystojna, najlepsza tenisistka wśród parlamentarzystów…

Straciłem Wiesława Wodę posła, z którym pracowałem w komisji „Przyjazne Państwo”. On potrafił szybko ocenić, co w naszej pracy jest naprawdę ważne. Potrafił pracować bardzo wytrwale do momentu doprowadzenia sprawy do końca.

Straciłem Janusza Kochanowskiego, którego przekonałem do wycofania skargi do TK w sprawie ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych. Dyskusja, z tak wymagającym rozmówcą, to była sama przyjemność, nawet jeśli pan doktor pozostawał przy swoim zdaniu.

Straciłem Andrzeja Przewoźnika, człowieka zawsze pogodnego, oddanego i kochającego to co robił.

Straciłem gen. Franciszka Gągora – żołnierza i dowódcę jakich coraz mniej w wojsku, odpowiedzialnego i roztropnego, potrafiącego chłodno ocenić sytuację i trafnie postawić diagnozę.

Straciłem ministra Tomasza Mertę, człowieka bardzo sumiennego, pokornego, zaangażowanego, taktownego, który w pełni zasługiwał na tytuł kulturalnego ministra.

Straciłem ministra Komorowskiego, którego poznałem jako polskiego ambasadora w Londynie, gdzie trudno sobie do dzisiaj wyobrazić lepszego dyplomatę w tym miejscu. Był osobą nobliwą i dostojną, od której bił blask i nikt nie miał wątpliwości, że zasługuje na posłuch.

Straciłem ks. Adama Pilcha – tatę Emmy, koleżanki mojej córki Julki, który zawsze był taki ciepły, otwarty ale nigdy nie próbował narzucać się nam, katolikom, jako ewangelicki pastor. W jego domu parafialnym czułem się jakbym był u kogoś w domu. Parafia przy Pl. Unii Lubelskiej to miejsce spotkań naszych dzieci ze szkoły na Miodowej przy okazji świąt, końca roku szkolnego. Zastanawiam się dlaczego tak świetni ludzie jak on odeszli, choć tak gorliwie służyli ludziom.

Straciłem ks. infułata Zdzisława Króla, który w Boże Narodzenie 1995 udzielił mi i mojej żonie ślubu na Placu Grzybowskim. To był kochany człowiek, mądry, wrażliwy, otwarty, bardzo aktywny, bezpośredni, zawsze mający wiele do opowiedzenia.

Straciłem ks. prof. Zdzisława Rumianka – rektora UKSW, dobrego gospodarza na Bielanach i twórcę kampusu na Wójcickiego. To był sympatyczny człowiek – dostojny, a zarazem skromny, wspaniały organizator.

Straciłem pana Mariusza Kazanę, który tak pięknie i z takim zaangażowaniem wiele lat temu oprowadził mnie i moją żonę po pięknym budynku ambasady polskiej w Paryżu. To był zdolny dyplomata, potrafiący znaleźć się w każdej sytuacji. Jego profesjonalizm potwierdzał, że pełnienie funkcji szefa protokołu dyplomatycznego nie było przypadkiem.

Tych wszystkich straciłem, bo odeszli do Pana, ale mam nadzieję, że czekają na mnie po drugiej stronie i dane nam będzie kiedyś oddać się tym zajęciom, których już tu  nie doświadczymy.

Na pokładzie tego samolotu było wielu innych, których znałem mniej, ale jeszcze była szansa poznania ich bliżej.

 

2010-04-12 11:25
Ogólne Komentarze (4)
 Oceń wpis
   

 Janusz,

 
Dziękuję za zaproszenie do Platformy Obywatelskiej, ale nie skorzystam. Uważam bowiem, że PO nie jest partią liberalną gospodarczo i choć trudno w to uwierzyć, ale lepiej się czuję ze swoimi poglądami w Prawie i Sprawiedliwości. Reakcja władz PiS na moje  krytyczne uwagi  pokazuje, że wbrew temu co niektórzy sądzą u nas można mieć inne zdanie. Z tego co ostatnio obserwowałem, Ty nie masz takiego komfortu, choć szczerze Ci tego życzę.
 
Mam świadomość, że wielu Polaków jest rozczarowanych PiSem, ale również Platforma nie spełnia ich oczekiwań, więc przechodzenie z jednej partii do drugiej, której jedynym atutem jest uśmiech na twarzy i „gibkie ciało”, nie miałoby sensu i pokazywało, że jestem niewiarygodnym politykiem.
Zasadniczym problemem, jest fakt, iż będąc liberałem gospodarczym widzę w Platformie Obywatelskiej jedynie deklaracje dotyczące wolnego rynku. Jednak czyny, jak też efekty działań rządu, wypadają blado nawet w porównaniu z latami rządów PiS.
 
Słabo Wam idzie prywatyzacja. Sprzedajecie firmy państwowe firmom państwowym jak np. akcje PKO kupowane przez BGK albo sprzedajecie kopalnie emerytom (OFE kupiły LW Bogdanka). Wielkim zaniechaniem Twojego rządu było doprowadzenie do upadłości stoczni zamiast prywatyzacji tylko dlatego, że min. Grad miał swojego upragnionego kontrahenta, który okazał się mało wiarygodny. Śmialiście się z naszych nominacji w zarządach spółek państwowych, a sami zatrudniacie byłych cenzorów z PRL czy działaczy partyjnych.
 
Wielu polskich przedsiębiorców namówiliście na to by oddali głos na PO w nadziei, że już nigdy urzędnik nie będzie panem i władcą dla setek tysięcy firm. Dziś nadal, przysłowiowy piekarz z Legnicy ukarany za rozdawanie chleba biednym, nie jest nawet wyrzutem sumienia dla tych co łatwo obiecywali, poprawę losu właścicieli małych, rodzinnych firm. Jedyną poważną próbą zmian prawa dla przedsiębiorców podjęła sejmowa komisja „Przyjazne Państwo”, ale Twoi koledzy zasiadający w rządzie zrobili wiele abyś, Broń Boże, nie został ojcem sukcesu. Jedynym „efektem” tych wysiłków jest jedno okienko, które faktycznie jest co najmniej trzema okienkami.
To, co dzieje się w polskiej armii woła o pomstę do nieba. Minister Klich nie dość, że dał się owinąć wokół palca generałom, to reformy w armii ograniczył do przenoszenia niektórych jednostek wojskowych z miasta do miasta. Oddzielnym problemem jest przyszłość polskiego przemysłu zbrojeniowego. Brak jakichkolwiek decyzji np. o co najmniej częściowej prywatyzacji czy wieloletnich zamówień uzbrojenia skazuje ten sektor na powolną śmierć.
 
Potężnym rozczarowaniem jest postawa PO wobec reformy emerytur rolniczych, o których tak łatwo przychodziło wam mówić kiedy byliście w opozycji. Dziś, kiedy władza w Waszych rękach, poruszacie się, w tej sferze, jak byście założyli ołowiane buty.
To co robi rząd w dziedzinie rynku gazu ziemnego dalekie jest od wolnego rynku, a konserwowanie na kolejne 15 lat monopolu Gazpromu zakrawa o głupotę albo zdradę państwa. Żadne z tych podejrzeń nie wystawia dobrego świadectwa rządowi PO.
 
Powołana wczoraj przez premiera Rada Gospodarcza, również jest dziwolągiem. Jeśli premier Tusk naprawdę chce wiedzieć czego potrzeba polskim przedsiębiorcom, aby mogli się swobodnie rozwijać, to wystarczy że spotka się z Tobą. Ty dzięki pracy komisji „Przyjazne Państwo” wiesz dobrze które przepisy stanowią podstawową barierę w działalności gospodarczej. Po co to całe zamieszanie? Chyba aby tylko pokazać, że nie tylko prezydent ma swoich ekspertów. Mnożenie niepotrzebnych bytów w strukturach rządowych niewiele ma wspólnego z liberalizmem i sprawnym zarządzaniem państwem. Zastanawiam się co w tej sytuacji będzie miał do roboty minister gospodarki?
Obaj wiemy bardzo dobrze, jak wielkim problemem w Polsce są bariery biurokratyczne kiedy chce się zbudować dom. Do dzisiaj Prawo budowlane, pomimo wielu zapowiedzi czy prób, także Twoich, jest potężną przeszkodą dla polskiego budownictwa. 
 
Obiecywaliście, że PO sobie lepiej poradzi z wydatkowaniem unijnych pieniędzy. Jak pokazało życie nie potraficie sobie z tym poradzić. O tym świadczą krytyczne uwagi, które posypały się nie tylko ze strony opozycji, ale również z raportów takich organizacji jak BCC, które trudno podejrzewać o przychylność wobec PiS. Jedyne co proponujecie przedsiębiorcom, to stanie w kolejkach po nocy przed urzędami.
 
Wszystko, co robi rząd w ramach reformy służby zdrowia, dzieje się z krzywdą dla pacjenta i brakiem jakiekolwiek logiki. Dziwią mnie również, tak niezdarne próby, choćby częściowej, prywatyzacji służby zdrowia, prowadzonej tak, aby czasem nie wyszła i żeby można było zwalić całą winę na opozycję.
 
Wiem, że jednym z tłumaczeń PO, dlaczego nie dzieje się tak, jak zapowiadaliście przed wyborami, jest kryzys gospodarczy. Warto jednak przypomnieć, że Twój rząd błogo bujał się w hamaku przez ponad rok nie podejmując żadnych działań reformatorskich i myśląc, że „bycie fajnym” wystarczy.
Panie Pośle Januszu,
 
Mam nadzieję, że sam rozumiesz, że ja, widząc tyle negatywnych rzeczy nie mógłbym być solidnym politykiem Platformy Obywatelskiej. PO mając, nieznane w historii III RP poparcie społeczne, nie potrafi zdobyć się na odwagę, aby dokonać rzeczy wielkich potrzebnych naszemu krajowi . Nawet jeżeli widzę wady w tym co dzieje się w mojej partii to dalej jest moja i zrobię wszystko, aby PiS stał się partią o minimalnych emocjach i maksymalnej ilości konkretnych propozycji. 
Życzę Ci, aby PO stała się prawdziwą partią wolnorynkową bo w innym przypadku… to Ty, prawdziwy liberał, będziesz musiał sobie poszukać nowej partii.
 
Z wyrazami szacunku, 
Trzymaj się,
Paweł Poncyljusz
 
2010-03-10 17:42
Polityka pis, po, palikot, poncyljusz Komentarze (11)
 Oceń wpis
   
Zostałem włączony w akcję promowania Wrocławia jako organizatora EXPO 2012. Dwa lata temu Wrocław przegrał rywalizację m.in z powodu braku odpowiedniego zaangażowania rządu. Wtedy traktowano to jako sprawę lokalną, fanaberię jednego miasta. Wrocław dostał dwa głosy (na ponad 90 możliwych), ale doświadczenie jakie zdobyto jest nie do przecenienia w ponownych staraniach. Tym razem rząd potraktował całe przedsięwzięcie bardzo poważnie, powołano pełnomocnika rządu d.s. EXPO, prezydent skierował list-prośbę do przywódców państw o poparcie kandydatury Wrocławia. Ministrowie kilku resortów ruszyli z wizytami do swoich zagranicznych kolegów z prośbą o głos.
Dlaczego Polska powinna się starać o wybór Wrocławia na miejsce organizacji wystawy? Po pierwsze jest to naprawdę znacząca promocja naszego kraju. Samo hasło pod jakim miałoby się odbyć EXPO (The culture of laisure in world economies) oddaje ducha nowych czasów i obyczajów. To Wrocław stał się miastem, gdzie samolotami tanich linii lotniczych z całej Europy zjeżdżają setki, a nawet tysiące ludzi, chcąc spędzić weekend dobrej zabawy. Wrocław może być wzorem dla innych, że rozwój miasta można oprzeć o kulturę czasu wolnego nie będąc typowym kurortem morskim czy górskim.

Po drugie takie przedsięwzięcie daje impuls do zwiększenia wysiłków w celu przygotowania regionu, miasta na przyjęcie kilkudziesięciu milionów ludzi w ciągu trzech miesięcy. To szansa na większe lotnisko, lepsze drogi w regionie, szybsze połączenia kolejowe, więcej hoteli, lepszą komunikację miejską, ale również zyskania terenów targowych, które pozostałyby w mieście dla celów wystawienniczych, rozrywkowych.

Oczywiście ktoś może zarzucić, że jest to działanie akcyjne, bez rozwiązań systemowych, punktowo rozwiązujących problem. Trzeba jednak dostrzec, że całe przedsięwzięcie ma się odbyć za 5 lat. W tym czasie można zrealizować wiele inwestycji mających wpływ na rozwój nie tylko Dolnego Śląska, ale także sąsiednich regionów.

Po trzecie aktywność jaką podjął Wrocław może ośmielić następnych do podejmowania tak ambitnych wyzwań. Dlaczego Poznań, Łódź czy Szczecin nie miałyby również wejść do światowej ligi miast? Wymaga to dobrych pomysłów, ludzi zdolnych do realizacji tych przedsięwzięć oraz pieniędzy. Organizacja imprezy tego rozmiaru będzie wydarzeniem bez precedensu w skali całej Polski. Im więcej miast organizujących kongresy, targi, wystawy itp. tym lepsza promocja Polski, szansa na wzrost gospodarczy.

Ostateczna decyzja w sprawie EXPO 2012 zapadnie na początku 2007 roku. Do tego czasu wszyscy konkurenci (obok Polski kandyduje Maroko i Korea Płd.) będą zabiegać o poparcie na całym świecie. Dodatkowym atutem Wrocławia jest bliskie sąsiedztwo Czech i Niemiec, a to oznacza że impreza ta wykracza poza wymiar narodowy. Pochodną takiego położenia jest konieczność budowy dobrej infrastruktury transportowej – połączeń z Warszawą, ale również z Pragą, Berlinem czy Dreznem.

Trzymam kciuki za Wrocław i uważam, że ma duże szanse na zwycięstwo, na pięć lat ciężkiej pracy i wielu wyrzeczeń.

2006-12-12 11:16
Ogólne polityka, gospodarka, wrocław, expo Komentarze (11)
 Oceń wpis
   
Podczas targów militarnych w Paryżu spotkałem się z przedstawicielami europejskiego koncernu militarnego EADS. W trakcie spotkania padło zaproszenie do ścisłej współpracy w międzynarodowych programach militarnych, których efektów można się spodziewać za 5-6 lat. Warunkiem przystąpienia jest decyzja rządu i zaangażowanie finansowe w projekt. Próbowałem tłumaczyć, że to dobra oferta, ale krucho z funduszami oraz, że nie mamy opracowanej koncepcji dla przemysłu obronnego. Wtedy dostałem pytanie czy mamy jakąś strategię, czy wiemy do czego dążymy, jakie mamy priorytety. Szlag mnie trafił, bo co ja mogę powiedzieć. Że przez 17 lat nie dopracowaliśmy się żadnej strategii dla przemysłu obronnego?

Jedyne, co dzisiaj rząd próbuje robić, to udzielać pomocy bankrutującym firmom w postaci zastrzyku finansowego w postaci zamówień interwencyjnych lub kierowania programów offsetowych.

Próbujemy podtrzymywać przy życiu firmy, które w normalnych warunkach rynkowych nie powinny istnieć - bez pomysłu na przyszłość, bez pieniędzy choćby na remont hal produkcyjnych, z wielkim mniemaniem o sobie, z mentalnością rodem z PRL.

Często jesteśmy tak aktywni w ratowaniu „trupów”, że pozostawiamy samym sobie tę grupę firm, która cieszy się uznaniem na Zachodzie (np. PIT, CTM). Polski rząd musi wybierać między ratowaniem bankrutów (często zlokalizowanych w regionach o najwyższym poziomie bezrobocia) a wspieraniem tych, od których zaraz uciekną dobrze wyszkolone kadry inżynierów, jeśli nie będą mieli szans na rozwój i lepsze zarobki.

Dzisiejsze realia w przemyśle obronnym są takie, że narodowe koncerny militarne nie są w stanie samodzielnie finansować programów zbrojeniowych, dlatego powołuje się międzynarodowe konsorcja. Polska też powinna wchodzić w tego typu przedsięwzięcia, ale brak pomysłu na finansowanie, ale również zdefiniowanie co chcemy wynieść z tego programu.

Czy technologie jakie powstaną dzięki danemu programowi są do wykorzystania w Polsce, czy stać nas na to, czy mamy gdzie to zastosować. Sytuacja jest taka, że brak pieniędzy na udział w programach nowoczesnych technologii, brak płynności finansowej na bieżącą działalność, brak kompetencji, aby dopilnować swoich interesów, brak wiedzy, aby dobrze obliczyć koszty przedsięwzięcia.

Polskie firmy przemysłu obronnego podpisują umowy z zagranicznym dostawcą nie zabezpieczając swoich interesów, nie potrafią skalkulować swoich kosztów i żądają cen, wyższych niż światowe.

Polskie firmy przemysłu obronnego kupują licencje na produkcję sprzętu, bez pomysłu, gdzie go następnie sprzedać.

Polskie firmy przemysłu obronnego potrafią podpisać umowę na dostawę towarów czy usług, których nie są w stanie dostarczyć.

Jak tu się nie irytować, w końcu mentalności nie zmienia się w kilka lat.

2006-11-15 14:37
Ogólne polityka, gospodarka, firma, praca, przemysł Komentarze (16)
 Oceń wpis
   
Minęło 100 dni rządu Jarosława Kaczyńskiego. Opozycja atakuje PiS, że blado wypada posumowanie tego czasu. Faktycznie trudno pochwalić się fajerwerkami, ale przecież finalizowano wiele wcześniej rozpoczętych spraw. Likwidacja WSI, powołanie CBA, porządki w policji, wymiarze sprawiedliwości. Mamy uproszczenia w regulacjach zamówień publicznych, mamy rozszerzenie stref ekonomicznych, ustawę o rozwoju regionalnym, ustawę o biopaliwach. Mamy projekt budżetu na 2007, wraz z nim korektę podatków od osób fizycznych (zwiększenie kwoty wolnej od podatku, odmrożenie progów podatkowych, ulga prorodzinna).

Sporo, ale chciałoby się więcej. Krytyków „100 dni” nie zastanowił czas jaki jest potrzebny, aby dany pomysł stał się prawem. Policzmy. Załóżmy, że konkretny pomysł rodzi się z dniem objęcia funkcji rządowej. Napisanie ustawy i uzgodnienie jej w swoim resorcie zabiera 2 miesiące (bardzo optymistycznie, jeśli nikt wewnątrz nie sabotuje i nie przeszkadza), następny miesiąc uzgodnienia międzyresortowe, o ile Ministerstwo Finansów nie musi znaleźć dodatkowych funduszy w budżecie. Następnie zatwierdzenie przez Komitet Stały Rady Ministrów i Radę Ministrów i dokument trafia do Sejmu po miesiącu i otrzymuje rangę „druku sejmowego”. Prace w Sejmie to co najmniej 4 miesiące, o ile jest wola marszałka i przewodniczącego komisji. Następny miesiąc to prace w Senacie. Dwa tygodnie do miesiąca to rozpatrzenie poprawek Senatu. Podpis Prezydenta to znów dwa tygodnie, czasem miesiąc. Łącznie czas jaki potrzebny jest na wprowadzenie w życie ustawy to 10 -11 miesięcy. Jeśli skorzystamy ze słynnej szuflady „premiera z Krakowa” to może skrócimy ten okres do 9-10 miesięcy. Nadal jest to trzy razy dłużej niż symboliczne 100 dni.

Sam przez wiele lat wybrzydzałem nad rządzącymi, że nie tak, nie w ten sposób, że za wolno lub nie z tymi ludźmi. Chociaż osobiście nie mam problemu z podejmowaniem decyzji to teraz od drugiej strony widzę jak rządzenie może być trudne w ściganiu się z czasem. Często obiektywne przyczyny nie pozwalają podejmować konkretnych działań czy decyzji tak szybko jakby się chciało. Część krytyków obecnego rządu kojarzy mi się z kanapowymi kibicami z dużym brzuchem, którzy pokrzykując przed telewizorem z puszką piwa w ręku udzielają pouczeń piłkarzom jak mają grać.

2006-11-06 14:10
Polityka kaczyński, rząd, pis, 100 dni Komentarze (9)